niedziela, 30 lipca 2017

Rozdział 4 cz. 2

                                          To plan, mój plan!

Biegłem ile sił w łapach. Nie mogłem pozwolić, aby ktoś dostrzegł, że to właśnie ja podłożyłem ogień i byłem odpowiedzialny za te pobojowisko... no, może nie sam... Zira przed rozpoczęciem (jak to nazwał Nuka) "Zapiekanki z Księżniczki" obwieściła, aby po akcji udać się z powrotem na Złą Ziemię, zdać dokładny raport z wykonanego (lub nie) zadania. Kiedy przekroczyłem rzekę, na moim pysku zagościł szeroki uśmiech. 
-Wróciłem do domu...-wyszeptałem do siebie.
Byłem wyrzutkiem a największe zbiorowisko śmieci i łajdactwa służyło mi za dom. Właśnie tutaj się wychowałem, tutaj postawiłem pierwszy krok... Jednak to miejsce było dla mnie pewnego rodzaju przekleństwem... Nigdy nie miałem rodziców... Zira opowiadała, że znalazła mnie nad wodopojem, słysząc łkanie z zarośli. Kiedy byłem lwiątkiem wyobrażałem sobie siebie jako członka stada Lwiej Ziemi. Pewnie chodziłbym spać z pełnym żołądkiem i nie musiałbym walczyć o każdy kawałek mięsa. Lecz nie żałuję. A wiecie dlaczego? Bo żyjąc u boku Simby nie spotkałbym prawdziwego przyjaciela, jakim był Nuka. To się dobraliśmy! On, odtrącony przez matkę, ja znienawidzony przez nią. Jeśli mam być szczery, nie dziwię mu się ciągłego oburzenia i chęci zaistnienia. Zabawa w wybrańca Kovu zaczyna mnie już powoli denerwować... Ale prawda jest taka, że kiedy rozpoczynałem szkolenie pod okiem Ziry, przysięgałem na krew, że zrobię wszystko aby ten wypłosz zasiadł na tronie... 
-Lukeyan!- jaskinię wypełnił podniosły głos Ziry, odbijając się echem w moich uszach.
-Tak, pani matko?- opuściłem głowę.
-Gdzieś ty się włóczył, co?!
-Nigdzie- ugryzłem się w język. Zira może potraktować to jak zwykłą pyskówkę... Cały czas rozglądałem się gorączkowo po jaskini, wypatrując Kovu. Jeśli on tu gdzieś był, to znaczyło tylko jedno... Misja się nie powiodła a przywódczyni stada upatrzyła sobie mnie, jako ofiarę...-Znaczy, powrót tutaj dosyć długo mi zajął... A gdzie Kovu?- ponownie ugryzłem się w język.
-Nie Kovu, a wybraniec Kovu! 
-Tak, właśnie... wybraniec...- cofnąłem się. Jeśli jej coś teraz odwali, nie chcę skończyć jako stadny kocyk...-To gdzie jest?
-Wszystko poszło zgodnie z planem... Już dawno siedzi na Lwiej Ziemi...
              Oto wielce znudzony ja, próbujący jakoś ochłonąć po rozmowie z księżniczką...
-To chyba dobrze?- uśmiechnąłem się nerwowo.
-Nic nie jest dobrze, dopóki Simba żyje! Ale nie o tym... Podobno rozmawiałeś z Kiarą... Złamałeś zasadę...
-Byłem odpowiednio przygotowany...- zatoczyłem się w tył. Czułem na sobie świdrujące całego mnie spojrzenie. Skąd ona wiedziała? Ktoś musiał mnie sprzedać...
-Jak, jeśli mogę wiedzieć? 
-Na głowie miałem błoto i mnóstwo gałązek... Nie ma opcji, że mnie poznała...
-Mhm...- zamyśliła się.- Maska z błota? Dlaczego ja na to nie wpadłam! Lukeyan, dobrze się spisałeś- zakręciła pazurem na mojej szyi.
-Czyli mogę już iść, pani matko?
-Tak, odpocznij przed jutrzejszym dniem... mój plan się jeszcze nie skończył!- zaśmiała się, uderzając kamień, który z impetem uderzył w ścianę.
 Do swojej jaskini wpadłem jak poparzony. Najpierw rozmowa z Kiarą, a teraz jeszcze Zira... Naprawdę?! Na królów, czy dzisiaj cały świat się na mnie uwziął?! Chrzanić Zirę, ale co z Kiarą... Jak to nie jestem zły?! Ona ma śnić koszmary ze mną w roli głównej! Wyglądałem jak potwór, wpędziłem ją w środek pułapki... a ona widziała we mnie swojego wybawiciela... Cały czas uśmiechałem się nerwowo, nie mogąc sobie poradzić z całą sytuacją. Musiałem przeciągnąć księżniczkę na naszą stronę. Taki zabieg byłby ostatecznym ciosem dla Simby. Załamałby się. Straciłby cząstkę siebie, część duszy... Dobrze wiedziałem, co muszę zrobić... Iść do Vitani! Mojego porannego słońca, mojego źródełka na pustyni... 
----------------------------------------------------------------------------------------------
 Tak jak wcześniej wspominałam, czwarty rozdział ma dwie części. Co myślicie o zachowaniu Lukeyana? Dlaczego tak bardzo przestraszył się Kiary? Czy księżniczka przejdzie na stronę wyrzutków?